RSS
 

Śmieciowy problem…

16 lis

Dziś będzie bez zdjęć. I to nie dlatego, że mi się nie chce, tylko gdybym je zamieściła, to chyba niejednemu zrobiłoby się słabo… No może aż tak drastycznie nie będzie, ale kurczę blade naprawdę jestem zła.
Słuchajcie, a właściwie czytajcie… Nasz pierwszy piesek miał niecałe 6 lat, kiedy musieliśmy podjąć decyzję o jego uśpieniu. Deli była owczarkiem niemieckim. Żartowaliśmy, że była też naszym prezentem ślubnym, bo urodziła się dzień po naszym ślubie. Nasz Karol zaczął wychowywać się właśnie z Deli. Chorowała raptem 2 tygodnie… Okazało się, że nerki przestały pracować. Dlaczego- ktoś najprawdopodobniej wysypał jakiś środek chemiczny na trawę. Mieszkaliśmy w Łodzi, a nie gdzieś na wsi, gdzie psy są bardziej narażone na jakieś zanieczyszczenia chemiczne. Deli cierpiała straszliwie… Kiedy odeszła bardzo to przeżyliśmy, a chyba najbardziej Karol… Nie mogliśmy się pogodzić z tym, co się stało. Wkrótce potem zdecydowaliśmy się na nowego psa. I tak trafiła do nas Ambra, nasza starsza labradorka. Buszowała nam strasznie i niszczyła różne rzeczy, ale liczyliśmy się z tym, że z małymi psiakami i do tego labkami tak już jest. Na szczęście Ambra ma się całkiem dobrze i w czerwcu skończyła 6 lat :) . Wiecie już, że od początku września mamy też nowego, małego labradorka- Jantara. Wesoło jest, naprawdę. Mieszkamy teraz w Gdańsku, tuż przy plaży. Jantar, jak każdy szczeniak (a szczególnie labrador) zjada wszystko, co się rusza :) – jego przysmakiem są latające liście i… pety… No niestety (ale wyszukany rym :) )… Wiecie, to nie zwierzęta są największymi śmieciarzami, tylko ludzie (mam na myśli śmieci, a nie różnego rodzaju choroby przenoszone przez zwierzęta, którymi można się zarazić np. nie dbając o higienę). Codziennie spacerujemy deptakiem, chodzimy do parku, na molo, na plażę, do lasu…a tam- góry śmieci!!! I codziennie rano specjalne służby porządkowe jeżdżą i sprzątają- na deptaku, na molo, w parku i na plaży….i co z tego??? Plaża jest miejska i w sezonie letnim z psami nie wolno wchodzić, ale to nie psy są tu problemem… Naprawdę wściekam się, kiedy widzę, że jak ktoś pali papierosy i pety rzuca ot tak, na ziemię… Pełno ich na plaży. A najwięcej w okolicach koszy na śmieci. Czasem zastanawiam się jak to jest możliwe, bo jak ktoś ma kosz „pod nosem” i nie może ze śmieciami do niego trafić??? Nosz kurczę blade! Ciekawe czy w swoich domach ludzie też tak rzucają sobie te papierochy i śmieci na podłogę???!!! Staramy się jak możemy, kiedy na horyzoncie pojawi się jakiś pet, żeby psiaki nam tego nie zjadły i czasem wymaga to od nas niezłego slalomu :) , ale nie zawsze tak się da… Jantar kilka razy nie przetrawił takiego peta i strasznie się męczył… Oczywiście będzie miał kaganiec, taki taśmowy, żeby nauczył się, że nie wszystko na dworze jest do jedzenia. A kto choć trochę labradory zna, wie, że to wcale nie jest łatwa sprawa :) .
Myślę, że u podstaw takiego bezmyślnego zachowania, że rzuca się przysłowiowy papierek na ziemię jest brak wiedzy i brak kultury. Choć w mediach i szkołach sporo mówi się o segregowaniu śmieci, o tym, jak ważne jest, żeby dbać o naturę, wyrzucać śmieci do koszy, a nie gdzie się żywnie podoba… I nie ma to znaczenia czy ktoś pochodzi z miasta czy ze wsi, jak jest wykształcony. To wiedza, którą musimy mieć. Inaczej, jako ludzie- taki gatunek ssaka- długo nie pożyjemy na Ziemi… Niestety w naszym lesie w Lubonii nie raz widzieliśmy rozrzucone śmieci…nawet taka pianka pod panele się znalazła…
Może włożyłam kij w mrowisko, ale trzeba mówić o takich rzeczach! I wiecie, to już nawet nie chodzi o to, że martwimy się, żeby nasze psy czegoś przypadkiem nie zjadły, tylko żeby ludzie zaczęli myśleć, że działają na szkodę samemu sobie…
Taki to śmieciowy problem… I wiem, że nie rozwikłamy go tutaj, ale jeśli macie lub widzicie kogoś, kto ot tak sobie- wyrzuca jakiś śmieć na ziemię, to nie bójmy się reagować! Może choć jednego człowieka uda się zmienić…
Miłego wieczorku (bo u mnie wieczór :) )!
Ania

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Jesień

 

Historia jednego pomidora

24 paź

Pomidor jaki jest- każdy widzi :) . Zdjęcia co prawda z mojego ulubionego https://pl.pinterest.com , ale chciałam jakoś „artystycznie” podejść do tematu.
A tu- taki skrót „wiedzy” o pomidorze :) .

I chyba nikt już wątpliwości nie ma, że warto jeść pomidory. I to pod każdą postacią! Zawarty w nich likopen działa antynowotworowo. A co ciekawsze- jeśli ilość likopenu zwiększa się przy obróbce pomidora. Więc właściwie wszelkiego rodzaju koncentraty, pasty, keczupy i inne „przetwory” pomidorowe warto jeść- na zdrowie :) !
Od razu uściślę- w tytule napisałam o jednym pomidorze, ale mam na myśli krzaczek- 1 krzaczek pomidora, bo owoców jest/ było zdecydowanie więcej :) !
Chyba nikogo już nie zaskoczę faktem, że pomidor to OWOC- tak pomidor jest jagodą :) . Pałam do pomidorów miłością wielką, przeogromną i to odkąd pamiętam. Jak byłam mała, to oczywiście pomidory zimą były raczej nieosiągalne, dlatego latem „nadrabiałam” zaległości. Do tego nawet stopnia, że dostawałam strasznego uczulenia na łokciach, ale nie zniechęcało mnie to jadłam pomidory na potęgę…Najczęściej z cebulką, na chlebku, który piekła moja Babcia Marysia- cebulka oczywiście z polnej grządki :) . Pomidory pamiętam pachniały zabójczo- niektóre dojrzewały na parapecie…i miały przeróżne kształty- im dziwniejszy, tym nawet smaczniejszy :) . Babcia kupowała te pomidory od sąsiadki, która mieszkała „w centrum” wsi, przy szosie i miała ogromną szklarnię. Z czasem i moja Chrzestna takie pomidorki zaczęła hodować i wtedy nie trzeba było kupować :) .
Ale nie o tym miało być- jak zwykle robię tysiąc dygresji na temat… Otóż, tuż po naszym powrocie z wakacji z Chorwacji przyjechaliśmy na działkę. Roboty, piasek, deski, śmieci, chwasty i rośliny wszelakie się rozrosły…jak to przy budowie i „nieogarniętej” działce. Gdzieś mi mignęło coś zielonego, co przypominało piłeczkę do tenisa, rzuconą gdzieś na piasku. Pomyślałam w pierwszej chwili, że może dzieciaki bawiły się i taka zabawka gdzieś się w tym piasku zawieruszyła. Dopiero Karol bliżej „zbadał” sprawę. Otóż Kochani moi to nie była piłeczka…TO BYŁ KRZACZEK POMIDORA- a na nim 2 DORODNE, ZIELONE (jeszcze) P O M I D O R Y !!! No szok! Nie sadziliśmy pomidorów, a ten wyrósł sobie ot tak- na piasku, praktycznie na drodze… Cieszyliśmy się jak dzieci z tej niespodzianki :) ! Ponieważ krzaczek miał już tak z pół metra i pomidory praktycznie leżały na ziemi, od razu wbiliśmy w ten piasek tyczki, żeby lepiej im się rosło i dojrzewało. Nie dość, że były tam wspomniane 2 pomidory, to jeszcze dojrzeliśmy kilka maleńkich i kilka kwiatków. Po jakimś czasie, kiedy znów przyjechaliśmy na działkę, nasze pomidorki dojrzały na tyle, by móc je zerwać, no i zjeść :) !!! Smakowały wybornie!!! Nasz pomidorowy krzaczek rozrastał się coraz bardziej i pojawiało się na nim coraz więcej pomidorków…tylko pogoda zaczęła się robić typowo jesienna, ba! nawet orkan zahaczył o nasze włości… Przyjechali też robotnicy ocieplać nasz domek i kłaść dachówkę i pomidorki trochę ucierpiały na tym wszystkim… W jakim są teraz stanie- dowiemy się w weekend, kiedy zajrzymy do naszej Lubonii. Ale wiecie co, nawet, jeśli okazałoby się, że niestety z pomidorów w tym roku już nic nie będzie, to i tak bardzo miło zaskoczyła nas ta historia jednego pomidora… :)
A na „deser”…

I oczywiście zaraz zrobię sobie kanapeczkę z pomidorkiem :) !!!
Buziaki!
Ania
P.S. Dodam jeszcze, po usilnych staraniach znalezienia uwiecznienia powyżej wspomnianego pomidora, że chyba z tej radości, że wyrósł, żadnych jego zdjęć nie zrobiliśmy…takie emocje, serio :) !

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Jesień

 

Tak przy sztormie…

13 paź

Neptun dziś się gniewa… W nocy zaczął wiać bardzo silny wiatr i nadal mocno dmie… Synoptycy przewidują nawet 10 w skali Beauforta…

Patrzę w okno z zachwytem :) … Mogłabym dodać, że jak zwykle :) . Nie zrozumcie mnie źle, bo przecież zdaję sobie sprawę z tego, że taki wiatr jest bardzo niebezpieczny, ale dla nas to nowość i potęga natury jest niezwykła, piękna, tajemnicza i groźna… Myślałam, żeby zrobić jakąś „sesję zdjęciową” (bo w końcu mam trochę lepszy aparat :) ) , ale to musiałabym chyba nakręcić cały film i „skrócić”go, w sensie przyspieszyć, żeby pokazać jak tu jest pięknie… A poza tym każdego dnia morze jest inne, inna gra światła, inne niebo, chmury, kolory morza, piasku, jesiennych drzew…no i dźwięki- delikatny szum fal i groźny ryk morskich bałwanów, „śpiew” mew… Wczoraj, kiedy zaczęło już wiać trochę mocniej był „Dzień Tęczy”! Serio, serio! W życiu nie widziałam aż tylu tęcz jednego dnia :) ! Było ich chyba z 8! Jedną nawet zauważyłam taką całą :) :) :) !!! Wczoraj rano przywitało nas piękne słońce, wschodzące nad Westerplatte…

A tu- widok na Gdynię…

Mamy też szczęście obserwować drogę statków, które wpływają do portu w Gdańsku. Wieczorami i w nocy widzimy światła, które prowadzą statki bezpiecznie, w oddali światło latarni morskiej w Helu… Naprawdę można się zakochać w takim widoku… A w środę nawet „statek Star Wars” nas odwiedził na wodach Bałtyku :)

No żartuję oczywiście, ale kształt tego statku był przedziwny… Zazwyczaj ze słowem statek kojarzy nam się konkretny kształt statku, ale to, jakie często widujemy tutaj przywołuje skojarzenia ze statkami, ale kosmicznymi :) . Taka ciekawostka :) .
Coś wydaje mi się, że głównie skupiam się na urokach przyrody :) , ale jak już kiedyś Wam wspominałam uwielbiam naturę, przyrodę i z zachwytem patrzę na nią…
Cóż robić, kiedy Neptun się gniewa? Może książka, dobra kawa i kawałek (może być nawet większy :) ) ciasta dyniowo- marchewkowego? Co Wy na taki zestaw :) ? Jantar też zaprasza :) ! Ale z niego czytelnik :) !

A może jesienne kwiaty?

Goździki też są piękne, prawda :) ?
Z tym ciastem dyniowym to też miałam niezłą „wtopę”… Miałam spory kawałek dyni i do tego starłam jeszcze 2 marchewki. Chciałam, żeby ciasto było takie „wilgotne”, więc dyni nie piekłam wcześniej, tylko też starłam. No i chyba to był przerost „formy nad treścią” (teraz moi wykładowcy z teorii literatury pewnie by się zagotowali, bo twierdzili, że coś takiego nie istnieje :) )… Ciasto pachniało cudnie- piernikami (bo dodałam cynamon i cukier z wanilią), świątecznie wręcz, ale „wilgotne” było całe…No, mówiąc wprost to był jeden wielki zakalec… Może nie powinnam się tym „chwalić”, ale to ogromne ciasto (cała wielka blacha!) zniknęło w ciągu jednego dnia- moi chłopcy całe spałaszowali :) ! I bardzo im smakowało :) ! I jak tu zrozumieć facetów :) … Chyba powinnam się cieszyć, bo nie dość, że zjedli ze smakiem, to jeszcze z meeega dawką witamin z dyni i marchewki. Normalnie, szczególnie Karol, kręcą nosem na warzywa, a to ciasto praktycznie składało się z warzyw w 80% :) … Nie gniewajcie się, ale z czystej przyzwoitości nie podam przepisu :) , a poza tym ja zazwyczaj robię wszystko „na oko”. Mam zamiar jeszcze zrobić coś z dyni w najbliższym czasie i upiec „ciasteczka Nigelli”, na które przepis znalazłam w Internecie. Wtedy, jak mi wyjdzie, to oczywiście się nim podzielę :) .
Na printerest.com , który uwielbiam za morze inspiracji, znalazłam ciekawe, inne „zastosowanie” dyni. Kto wie, może za rok, w naszym Majeranku, na tarasie, albo przy kominku też coś takiego wykombinuję…

Dziś jedziemy do naszej Lubonii, bo Majeranek- nasz domek, który się buduje (to była nazwa projektu, który później uległ małym zmianom, ale nazwa bardzo nam się podoba :) )- przechodzi wielką metamorfozę :) :) :) !!! Stroi się w dachówkę i zakłada ciepły płaszcz na zimę :) . I zyskaliśmy miejsce w sadzie, po zburzeniu starych budynków. Niestety „działamy” na odległość, więc fotorelacja będzie po weekendzie. Mamy szczęście do naszej ekipy. Pracują jak mróweczki, są dokładni (nawet sąsiedzi, którzy też się budują częściowo korzystają z usług naszej ekipy :) ). Mam do nich zaufanie.

Tak na zakończenie, żeby Was nie zanudzić, bo treści tego wpisu są niczym sztormowe fale- niosą różne rzeczy :) , chciałabym bardzo, bardzo, bardzo serdecznie podziękować wszystkim Wam, którzy do naszego „domu pełnego miłości” zaglądacie :) . Jest mi ogromnie miło poznawać Was i czytać Wasze komentarze. Wiem, że każdy z nas jest zagoniony, zapracowany i ma na głowie mnóstwo spraw, ale takie drobne gesty są przemiłe i sprawiają wiele radości. Dziękujemy Wam za to z całych naszych serc, a psiaki z radością merdają ogonami :) .
Pozdrawiam cieplutko!
Ania

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Jesień

 

KOCHAM PAŹDZIERNIK!

02 paź

Ależ nas pogoda ostatnio rozpieszcza! 20 stopni, początek października, błękit nieba i morza, złote liście topoli wirujące na wietrze… o takiej jesieni pisałam :) , choć i ta deszczowa ma w sobie sporo uroku. Lubię mgły unoszące się na polami, lasami, nad naszą Lubonią…zapach ziemi… głęboką, soczystą zieleń traw…
Ostatnio odwiedziła mnie koleżanka, z którą razem pracowałyśmy- mąż Magdy miał w Gdańsku „sprawy służbowe”, więc przyjechali ze swoimi Pociechami i miałyśmy okazję się spotkać. Było baaaardzo miło! Piękna pogoda- oczywiście specjalnie zamówiona na wizytę Madzi :) , spacerki po parku, molo, plaży :) … Kuba to super fajowy chłopak, a maleńka Ania! (tak, tak, najpiękniejsze imię :) ) to sam miodek- uśmiech od ucha do ucha i słodziutkie gruchanie… Bardzo Ci Madziu dziękuję za przemiłe spacerki! Pozdrawiam Cię cieplutko!!! (i polecamy się na przyszłość :) )
Korzystamy z tych uroków złotej, polskiej jesieni i dużo spacerujemy. Samo to, że mamy 2 psiaki powoduje, że chodzimy, chodzimy, chodzimy. Byliśmy też oczywiście na kolejnym grzybobraniu. Może całej „furgonetki” nie zebraliśmy, ale kolejne 2 godziny spędziłam na obieraniu grzybów. Tym razem część z nich zamroziłam, żeby zimą mieć je na przykład do sosów, mięsa lub nawet jajecznicy :) . Ambra i Jantar uwielbiają las. Mogą wybiegać się tam, bezkarnie gryźć wszystkie napotkane szyszki i patyki :) . Co do „młodego”, to ilość zniszczeń w porównaniu z Ambrą wypada na jego korzyść :) – tylko przegryziony kabelek z cotton balls, zjedzony większy pęd pasiflory (oczywiście ten z pąkiem i nowymi pędami…), lekko wyskubany mój but i kawałeczek drewnianej szafki w przedpokoju. No, nie jest źle… Najbardziej to mi żal tej pasiflory…tak długo czekałam, aż „odżyje”, rozmawiałam z nią :) , stawiałam na słonku… Kabelek w lampce (który przegryzł nocą, kiedy spaliśmy) da się chyba przylutować, więc jest nadzieja, ale moja roślinka… Nie mam szczególnej „ręki do kwiatków”, więc tym bardziej mi szkoda… Na szczęście, tfu, tfu :) , widzę,że z tego, co zostało, coś tam zaczyna jeszcze wybijać… No, ale czy można się na niego długo gniewać? Sami zobaczcie…

Zaczął się październik, a tak lubię ten miesiąc! Chyba już rok temu o tym wspominałam. Tyle kolorów, zapachów, smaków… Otaczamy się wieczorami mnóstwem świec, palimy woski- mój ulubiony i palę go cały rok- „Snow in love” Yankee Candle! Ostatnio kupiłam też na próbę „fasolki” z Busy Bee. Ciekawym pomysłem jest to, że można łączyć zapachy i w ten sposób stworzyć własny… Ach! I tyyyyle książek do czytania :) !

Kończę czytać już „Najbogatszego człowieka w Babilonie”- książka szczególnie dla młodych osób, które uczą się, jak gospodarować swoimi finansami, żeby „stać się bogatym” :) . Wczoraj POCHŁONĘŁAM książkę p. Joanny Marciniak- Wróblewskiej- twórczyni bloga Green Canoe- którego chyba nie trzeba szczególnie reklamować. „Przy stole” to magiczna opowieść o rodzinie, emocjach, własnej historii, z dodatkiem pysznych smakołyków i porad dotyczących aranżacji. Książka absolutnie dla wszystkich- młodych, starszych, stojących przed kupnem domu, mieszkania, studentów, osób wynajmujących mieszkanie… Jednym słowem- POLECAM :) !
Przede mną teraz podróż w malarski świat Van Gogha :) , jednego z moich ukochanych malarzy. Chętnie zobaczyłabym film, który za parę dni wejdzie do kin. I jeszcze przeniosę się do mojej ukochanej Barcelony. Karol dostał od nas książkę „Był sobie pies”. Oglądaliśmy film i bardzo nas wzruszył, więc myślę, że książka też nas zachwyci.
Ach, ten październik! Tyle miłych planów i widoków za oknem… I jak tu nie kochać tego jesiennego miesiąca :)
Zanurzam się zatem w świat książek i żegnam się z Wami zapachem kominka i jabłek…

Pozdrawiam cieplutko i złociście :) !
Ania

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Jesień

 

Kto zrobił „pstryk”? Rodzina „Fąfli”…

12 wrz


https://pl.pinterest.com/

Ja się pytam- kto zrobł „pstryk”? I to tak nagle? Bez żadnego uprzedzenia??? Ładnie o tak? Chociaż człowiek psychicznie nastawiłby się na zmianę (kolejną…), a tu tak szybko, „psrtyk” i już??? Siedzę pod kocem, piję kolejną ciepłą kawę, dosypuję coraz więcej cynamonu, pichcę dynię- no j e s i e ń na całego!

Szaro, ponuro, deszczowo i wietrznie… Pisałam ostatnio, że nie mogę doczekać się jesieni nad morze, ale nie myślałam, że moje „myśli” mają aż taką moc sprawczą :) ! Nie to, żebym narzekała, ale zmiana nastąpiła baaardzo szybko… Sama też chyba zaczynam się przestawiać na tryb jesienno- zimowy i szaleję w kuchni, szykując przetwory na zimę. Ostatnia wyprawa do lasu zaowocowała całkiem pokaźnym zbiorem grzybów- dobra, przyznam- takiego zbioru różnorodnych grzybów nie pamiętam. Gdyby nie doszczętnie przemoknięte buty i kurtki, to pewnie zbieralibyśmy dłużej. Ale w sumie zebraliśmy ich naprawdę dużo- samo czyszczenie i szykowanie do suszenia zajęło mi prawie 3 godziny… więc wyobraźcie sobie ile tych grzybków było. No, na Wigilię zapas już jest :). Co nie znaczy, że nie wybierzemy się na grzyby raz jeszcze :) , bo bardzo lubimy las, szczególnie jesienią. W kuchni też pachnie jesienią- poza tradycyjną konfiturą dyniowo- pomarańczową, zrobiłam ogórki w curry, szykuję się do kolejnych konfitur ze śliwek (z czekoladą oczywiście :) ). Baaardzo powoli też tworzę bardziej „zimowe” dekoracje. Ale jak skończę, to się pochwalę :). Jak na razie ten mój czas dzielę między nami, jesiennymi działaniami, a naszą nową „rodziną Fąfli” :). Mogę parafrazując- zaśpiewać; „Ścierko, ścierko, hej ściereczko, ooo, kręć się z nami, kręć w kółeczko, ooo!” Jeszcze parę dni i może sytuacja się unormuje, ale jak na razie…Uwaga, uwaga! Przedstawiam Wam z radością nowego członka naszej szalonej Rodzinki- małego „Fąfla” (to tak dla zabawy oczywiście :) )- oto JANTAR :) !

Jantar przybył do nas 7.09., ma 2,5 miesiąca i jest małym, słodkim Fąfelkiem :). Imię dla nowego labradorka wymyślił Karol. Mamy Ambrę i Jantara- wszystko utrzymane w morskiej tematyce :) (czyżby Gdańsk naprawdę w gwiazdach był nam zapisany :) ?). Jantar jest bardziej „bursztynowy” niż Ambra, więc imię do niego pasuje idealnie. I już nauczył się swojego nowego imienia. Mam nadzieję, że przy Ambrze będzie się uczył szybko pewnych zachowań- chodzenia przy nodze, reagowania na komendy. W każdym razie będzie wesoło. Początkowo Ambra była lekko zdezorientowana, ale chyba powoli przyzwyczaja się do małego „fąfla” :). Sami zobaczcie tylko… Nasza „rodzina Fąfli” :) !

Wesoło jest, naprawdę. Jak na razie- dzień 6 i z e r o zniszczeń! Choć ząbki małego Fąfla są naprawdę ostre i tylko szukają okazji do podgryzania :) – na szczęście w porę reagujemy i bawimy się z psiakami na całego :) . O! Na horyzoncie nowa kałuża, więc ścierka idzie w ruch :) .
Buziaki! Ania

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Jesień

 

Nowe profilowe ;)…

23 sie

Uwaga- tylko dla cierpliwych, bo zanosi się na to, że jak zwykle się rozpiszę :) ! Nasze wspólne wakacje dobiegły końca… Karol i ja jeszcze się byczymy :) , ale Remek już wrócił do pracy. Włosko- chorwackie podboje były NIESAMOWITE ! Plany jakoś nam się zmieniły, bo choć zupełnie tego nie planowaliśmy (tak, powtórzenie :) ) , to „zahaczyliśmy” o Włochy, w drodze do Chorwacji. Spędziliśmy w słonecznej Italii tylko kilka dni, ale odkryliśmy nowe, urokliwe miejsca. Wschodnia część Adriatyku zupełnie nas oczarowała! Byliśmy w Trieście- pięknym, włoskim mieście, którego historia sięga starożytności (no tak, we Włoszech to „normale” :) ).
Samo położenie miasta jest niezwykłe- tak kiedyś wyobrażałam sobie Neapol… Zachwycił nas zamek, Canale Grande, Piazza dell Unita d’Italia, ale przede wszystkim ruiny rzymskiego teatru! Nigdy wcześniej nie miałam okazji „na żywo” widzieć starożytnego teatru, a uczyłam o jego budowie swoich uczniów, a tu- sama mogłam „dotknąć” historii… Byliśmy też w zamku Miramare oraz eksplorowaliśmy Grotta Giggante. Jak się okazało to 2. na świecie największa jaskinia (większa znajduje się we Francji), a największa jednokomorowa (ta francuska „składa się” z kilku pomieszczeń). 500 schodów w głąb ziemi, temperatura 11 stopni (co przy 40 na powierzchni było prawdziwą ulgą ! ), do tego widoki zapierające dech w piersiach… Dosłownie czułam się jak w „królestwie elfów” z Władcy Pierścieni! Oświetlone poszczególne elementy i schody tworzyły dodatkowy, magiczny efekt!
W Wenecji, do której dosłownie „wpadliśmy”, spędziliśmy kilka godzin, szwędaliśmy się po tej mniej uczęszczanej części, odkrywaliśmy nowe uliczki. Oczywiście byliśmy też na Placu św. Marka, ale to tak, żeby pysznymi lodami i prosseco :) (od teraz to moje ulubione wino! ) uczcić naszą 13. rocznicę ślubu :) !!!

A potem… znów zmieniliśmy plany… To znaczy planowo- pojechaliśmy do Chorwacji, ale w inne miejsce :) . Obraliśmy kierunek- Dubrownik :) ! I ze wszystkich odwiedzanych przez nas miejsc, to miasto najbardziej mnie zauroczyło! Byliśmy też w Makarskiej i w Splicie (ale o tym napiszę ciut niżej :) , jeśli jeszcze macie siłę czytać :) ). Sama Chorwacja podbiła nasze serca TOTALNIE ! Widoki prze, prze, przecudne! Szczególnie urokliwa jest trasa wzdłuż wybrzeża. Co prawda serce nie raz uderzyło mocniej, kiedy mijaliśmy się z jakimś tirem na wąskiej drodze, a tuż, tuż była 200 metrowa przepaść do błękitnego morza :) … Nie myślałam, że kolor wody może być bardziej niebieski niż włoskie niebo… Wiem, to efekt skał, ale robi to niesamowite wrażenie. Temperatury nadal były „afrykańskie”, sięgające 40-45 stopni, więc wytchnienia szukaliśmy w morzu- „wynurkowaliśmy się” za wszystkie czasy! A że nas bardziej interesują miejsca gdzie pod wodą można coś zobaczyć, to plaże „żwirowe”, jak w Makarskiej, zupełnie nie przypadły nam do gustu. Wybieraliśmy takie, gdzie są skałki i „toczy się niezwykłe życie”. Split i Dubrownik to piękne miasta z fascynującymi „starówkami”, parkami, maleńkimi uliczkami i potężnymi górami…


Szczególnie magiczny był oczywiście Dubrownik. Stare miasto, w którym nadal toczy się „normalne” życie- obok zabytków, niezliczonej liczby kafejek, restauracji i sklepów, są wąziutkie uliczki, mieszkają Chorwaci… Fantastyczną przygodą był rejs motorówką, którą pożyczyliśmy na pół dnia. Byliśmy w wielu urokliwych miejscach- podziwialiśmy Dubrownik od strony morza, pływaliśmy w Błękitnej Lagunie i Niebieskiej Jaskini! Zdjęcia wyszły niesamowite! Chyba takie wstawię sobie na profilowe :) !
Prawda, że niesamowite! Zdjęcie oczywiście :) , które mój zdolniacha Mężuś robił! A tu- my na naszej motorówce :) !

I jeszcze kilka innych „podwodnych” fotek :)




Ławice takich rybek mijały nas co chwila! Były też kraby, rozgwiazdy, jeżowce i tysiące innych morskich „stworzeń”, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia!
Smakowaliśmy różne pyszności, z naciskiem na owoce morza, a szczególnie- kalmary i ośmiorniczki…
Uff… prawie dobrnęliśmy do końca. Choć nie udało nam się zobaczyć wszystkiego w Chorwacji, ale może zostawimy to na następną wizytę :) . Było wspaniale, wypoczęliśmy, nabraliśmy sił, spędziliśmy razem sporo czasu- czyli to, co lubimy najbardziej :) ! Ale- przyjemnie jest wrócić do domu :) . Za oknem szumi nasze morze, po niebie płyną chmury w najdziwniejszych kształtach…na polach widać już jesień… W sumie, to chyba tej jesieni nie mogę się doczekać. Ciekawa jestem, jak wyglądają jesienne dni nad brzegiem morza, bez turystów, z ogromnymi falami, silnym wiatrem… Czas na coś nowego :) ! I nie mogę się doczekać! I wszystko to, co widzę i czuję – opiszę :) !
Pozdrawiam letnio, wakacyjnie, ale już u progu jesieni…
Ania

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Lato

 

Z książką na wakacje…

28 lip

Chyba nikogo nie zdziwi fakt, że w czasie wakacji mamy najwięcej czasu, żeby poczytać. Codzienność- mnóstwo obowiązków, praca, dzieci, nasze drugie połówki, zwierzaki, imieniny, urodziny, Boże Narodzenie…wymieniać można długo- wszystko to sprawia, że po prostu „nie mamy czasu czytać”. Takie przynajmniej są nasze wytłumaczenia. Jako polonistka i pedagog jestem zatrwożona taką sytuacją… Niestety i wśród nauczycieli panuje „chroniczny barak czasu na czytanie”. Jak my-dorośli chcemy, żeby dzieci czytały, skoro nie widzą nas z książką w dłoni? statystyki „czytelnicze” Polaków są m a s a k r y c z n e ! 37 % Polaków przeczyatło w ciągu roku 1 książkę !!! To zbrodnia!!! Zainteresowanych odsyłam do artykułów: http://www.newsweek.pl/styl-zycia/raport-czytelnictwa-w-polsce-ile-ksiazek-czytaja-polacy-,artykuly,409201,1.html

http://businessinsider.com.pl/rozwoj-osobisty/ilu-polakow-czyta-ksiazki-czytelnictwo/ytehwlq

Mówiąc wprost- głupiejemy… Tak ubogiego słownictwa, jakie często słychać na naszych ulicach, dawno nie było :( … Może komuś wyda się „skostniały” mój pogląd, bo przecież mamy audiobooki i inne cuda współczesnych czasów, ale jednak ja nadal będę uporczywie stała na stanowisku, że książka, taka z kartkami :) , jest najlepsza! Przepraszam, że tak „z grubej rury” zaczęłam, ale słowa same jakoś „cisnęły mi się na klawiaturę” :) . Każdy jakoś z facebooka korzysta- lubimy chwalić się swoimi zdjęciami, podróżami i wszelkiego rodzaju osiągnięciami. Co roku „fb” promuje akcję przeczytania 52 książek rocznie. Może ktoś podejmie takie wyzwanie :) ?
Ja zupełnie zatraciłam się w książkach, które przeniosły mnie do starożytnej Italii… Autorem ich jest Alberto Angela- włoski paleontolog i dziennikarz, a dodatkowo „odkrywca” fascynujących, starożytnych historii włoskich.
(zdjęcia z google)
To wciągające, trzymające w napięciu, odkrywające niesamowity świat antyczny książki! Autor tak opowiada historię, jakbyśmy spacerowali ulicami Pompejów czy Rzymu sprzed 2 tysięcy lat… Dodatkowo wiele „mitów” o starożytnych czasach zostało w tych książkach obalonych! Na przykład ten o Wezuwiuszu… Przyznaję, że gdybym przeczytała je rok temu, kiedy byliśmy na wakacjach ze Włoszech i byliśmy w Pompejach i w Rzymie, to na pewne „zabytki” spojrzałabym zupełnie inaczej… Jestem w takiej euforii po lekturze tych książek, że już chciałam sobie zamówić kolejne książki Angelego, ale jest to chyba na tyle nowość na polskim rynku, że są to jedyne, jak do tej pory, przetłumaczone na polski jego książki… Kiedyś uczyłam się włoskiego, ale znajomość tego języka nie pozwala mi czytać w oryginale :) . Tak czy siak polecam bardzo, bardzo, bardzo gorąco obydwie pozycje, szczególnie na okres wakacji. Wielu z nas odwiedza Włochy, część spędza wolne chwile gdzieś nad morzem, jeziorem czy w górach, marząc o pięknym, włoskim niebie. I na taką okazję te książki są idealne!
A do czytania dobrze jest też „wrzucić coś na ząb” :) , więc polecam pyszne, jogurtowe ciasto rabarbarowe i domową pina coladę :) (także w wersji dla dzieci :) ) z bloga Beata i Lubomir Lipovów http://lawendowydom.com.pl/domowa-pina-colada-wersja-dla-doroslych-i-dla-dzieci/

Może do książek o pięknej Italii bardziej pasowałoby jakieś pyszne włoskie wino- falerno albo chianti, ale połączenie kokosowo- ananasowe wprowadzi każdego w iście wakacyjny nastrój :) .
Zatem- do książek miłe Panie i mili Panowie :) !
Buziaki! Ania

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Lato

 

W A K A C J O L E !!!

11 lip

Tradycyjnie, tą piosenką rozpoczynamy WAKACJE!!! Bardzo często też „wykorzystywałam” ten utwór, kiedy wraz z koleżanką z pracy i swoimi uczniami, przygotowywaliśmy przedstawienia na „uroczyste zakończenie roku szkolnego” :) .
Mam nadzieję, że też tradycyjnie…

Jesteśmy baaardzo dumni z Karola :) ! Nowe miasto, nowa szkoła, nowe koleżanki i koledzy, nauczyciele, nowe przedmioty, bo Karol rozpoczął naukę języka hiszpańskiego. Musiał nadrobić rok, bo dzieciaki rozpoczęły naukę tego języka rok wcześniej. Na szczęście tak mu się spodobał hiszpański, że poradził sobie doskonale. Na pewno będziemy kontynuować naukę w Gdańsku :) . W każdym razie Karol poradził sobie FANTASTYCZNIE !!!! :)
Znów będę się tłumaczyć, że dawno nie było nowego wpisu, ale naprawdę maj i czerwiec były dla nas bardzo intensywne- nie dość, że koniec roku szkolnego, to jeszcze nowa praca Remka i oczywiście przeprowadzka… Z Warszawy do Gdańska, z zahaczaniem o naszą kochaną Lubonię i Łódź nie było proste…
W naszej wioseczce lato na całego! Wszystko pięknie kwitnie, dojrzewa, pachnie…

W tym roku będzie mało śliwek, a moi Chłopcy uwielbiają powidła śliwkowe z czekoladą… Może gdzieś na rynku uda mi się kupić wystarczającą ilość, żeby zrobić kilka słoiczków :) . Za to jest sporo porzeczek, malin i agrestu. Moja mama szaleje już z wymyślaniem różnych kombinacji smakowych :) i robi dla nas dżemy, bo na działkę zajrzymy dopiero za tydzień…

Jak tylko pod koniec czerwca udało się zakończyć te wszystkie wojaże, to wszyscy chcą nad morze do nas przyjeżdżać :) . Bardzo nas to cieszy, bo kochamy naszą rodzinkę :) ! A Ambra jest wniebowzięta! Tyle rąk do głaskania, miziania, dawania smakołyków, spacerów :) ! Jest wesoło, zawsze jest co robić, nawet, jak pogoda (jak to nad polskim morzem) bywa kapryśna. Odkrywamy nowe, ciekawe i piękne miejsca w Trójmieście, smakujemy różne przysmaki, a przede wszystkim rybki :) . Zaprzyjaźniamy się nawet z mewami, wróbelkami i wronami :) – te ostatnie to „strażniczki” naszej plaży :) ! Spójrzcie tylko!

A na plaży, wieczorami, bawimy się tak…

Są też i wieczorne kąpiele, niezliczona ilość lodów, gofrów, zapiekanek (nie, no w granicach rozsądku :) )- w a k a c j o l e na całego :) !
Sami powiedzcie czy takie widoki mogą się znudzić :)

Ta przestrzeń rekompensuje w zupełności ilość turystów i muzykę, która umila im pobyt nad morzem :) – nadmorskie smażalnie i bary prześcigają się w doborze repertuaru :). Ale my, w domowym zaciszu możemy relaksować się przy takich dźwiękach…

Polskie morze jest cudne o każdej porze roku, ale bywa kapryśne. To chyba każdy wie, z własnego doświadczenia. Wczoraj nadeszła taka burza, że jak tylko pioruny waliły w morze, to u nas aż szyby się trzęsły… Myślmy też o jakimś krótkim wypoczynku, żeby dać upust naszemu zamiłowaniu do nurkowania :) . Nie tak profesjonalnie, ale bardzo nam się spodobała taka forma spędzania czasu na plaży. Bałtyk jest dość zimny, a szczególnie miejskie plaże „wyczyszczone” są co do kamyczka. Jasne, że to ze względów bezpieczeństwa i na plażach całego świata tak jest. My, kiedy jeździmy na wakacje, szukamy miejsc, gdzie jest trochę mniej ludzi. Mieliśmy niesamowitą frajdę, kiedy w Bułgarii, znaleźliśmy maleńki kawałek „własnej” plaży z fantastycznymi głazami, które mogliśmy podziwiać i „podglądać” morskie życie zwierząt. Dlatego w tym roku marzy nam się Chorwacja… Jeszcze tam nie byliśmy, ale zachwycają nas zdjęcia z tego państawa. Poczyniliśmy nawet małe przygotowania :)

Zaraz zabieramy się za wyszukanie jakiś ciekawych miejsc do nurkowania. Kto wie, może kiedyś zapiszemy się nawet na taki profesjonalny kurs… Jeśli znacie i polecacie jakieś morskie zakątki Chorwacji, to napiszcie proszę w komentarzu :) .
Pozdrawiam WSZYSTKICH cieplutko i przesyłam buziaki znad Bałtyku :) !
Ania

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Lato

 

Szaleństwa !

04 cze

Tłumaczą się winni, więc ja nie będę wyjaśniać, dlaczego znów cicho było :) … Nie, no żartuję, po prostu jak wspominałam we wcześniejszym wpisie- przeprowadzamy się do Gdańska- stąd taka pustka.
Troszkę połączę naszą przeprowadzkę, Dzień Mamy i Dzień Dziecka, z naciskiem na to ostatnie święto :).
Zacznijmy od tego, że wszyscy jesteśmy podekscytowani tym, że będziemy mieszkać nad samym morzem :) ! Dosłownie mamy 50 metrów do plaży!!! Nasza Ambra też cieszy się baaardzo! Na plaży szaleje jak szczeniak! A za chwilę skończy 5 lat (chyba jakaś imprezka się szykuje :) ).
Zdajemy sobie sprawę z tego, że w sezonie będzie mnóstwo ludzi, będzie dosyć głośno, ale jakoś te 2 miesiące wytrzymamy :) .

Tydzień temu był Dzień Mamy :) . Od mojego Synka dostałam śliczne serduszko, które samodzielnie wykonał przy użyciu pisaka 3D. Zdjęcia nie mam, bo chcę oprawić to serduszko w ramkę i wtedy pokażę je w pełnej krasie :) . Ale do tego serduszka było też pyszne śniadanko :)

No a teraz prawdziwe SZALEŃSTWA ! :) Dzień Dziecka :) !!! Przesyłam gorące całusy dla wszystkich Dzieci! Tych dużych też, bo swoje wewnętrzne dziecko należy pielęgnować także :) . Chciałam, żeby wyszły ładne zdjęcia, dlatego robiłam je aparatem Karola. Filmki nawet nagrałam, ale wolałabym je akurat zachować dla nas. No i Karol, robiąc „porządki” w swojej galerii, wywalił kilka fajnych fotek…zostały tylko 2… Cóż… Musicie uwierzyć, że zabawa była naprawdę niesamowita! Karol lubi oglądać kanał p. Agnieszki Grzelak- „Japanazjadam”, dlatego postanowiliśmy zrobić Mu niespodziankę i kupiliśmy zestaw do robienia pizzy :) . To są oczywiście miniaturki prawdziwych potraw, ale samo przyrządzanie ich to prawdziwe szaleństwo :) ! Do tego były fasolki z Harry’ego Pottera o różnych smakach i Kit Kat z polewą z zielonej herbaty. To miał być taki „kreatywny” zestaw, który poza testowaniem smaków sprawi nam dużo frajdy. I faktycznie tak było! śmialiśmy się i ekscytowaliśmy, smakowaliśmy… Było naprawdę szaleństwo!
Takie zestawy i „smakołyki” można już kupić w różnych sklepach stacjonarnych, takich z „kuchnią z całego świata” lub na allegro. To żadna reklama, my po prostu pomyśleliśmy, że można spróbować, co nam wyjdzie. Może być to też ciekawa propozycja „zabawy” na jakieś przyjęcie urodzinowe dla dzieciaków :) .

My czujemy już wakacje! Jeszcze tylko parę dni w szkole i WAKACJE!!! Pozdrawiamy z cudnego Gdańska!!!
Ania& Chłopaki& Ambra

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Wiosna...

 

Nigdy nie mów nigdy…

03 maj

Niby człowiek ma już „zmianę kodu- trója z przodu” – tak kolokwialnie, niby już czegoś w życiu doświadczył, jakieś wnioski może wysnuwać, ba! nawet rady dawać, ale… No właśnie jest takie małe „ale”… Życie jest po prostu nieprzewidywalne. Kiedyś ktoś powiedział, że największy dowcip w życiu to planować je sobie… Nie chodzi mi tutaj o to, żeby iść przez życie na zupełnym „sponatnie”, ale przynajmniej w naszym wypadku- gdy robimy jakieś dalekosiężne plany, to życie nas tak zaskakuje, że wszystko ulega zmianie. Tak przekornie- stałą w życiu jest zmiana. A ja oczywiście nie znoszę zmian, baaaardzo ciężko je przechodzę… Zawsze myślałam, że jak człowiek ma już rodzinę, to to życie jest takie bardziej ustabilizowane- praca, stałe miejsce, codzienne obowiązki, może i trochę rutyny. My jesteśmy bardzo rodzinni i ważne dla nas jest to, żeby często z naszą rodziną się spotykać. Lubimy siebie, możemy zawsze na siebie liczyć. A wiadomo, że łatwiej jest, kiedy wszyscy są w miarę blisko. Cóż- nigdy nie mów nigdy… Przeprowadzkę do Warszawy naprawdę trudno zniosłam… Ale wolałam to, niż widywanie się w weekendy. I tej decyzji absolutnie nie żałujemy. My po prostu nie umiemy bez siebie żyć. Każde małżeństwo jest inne i absolutnie nie krytykuję nikogo, kto podjął inną decyzję niż my. Wiem, ile pracy kosztuje utrzymanie „związku na odległość”- wytrzymaliśmy tak prawie rok… I kiedy wydawało nam się, że powoli się „stabilizujemy” w jednym miejscu-nie w stolicy, tylko na naszej wioseczce- znów nas życie zaskoczyło… Z niekłamaną radością opuszczamy Warszawę i przeprowadzamy się do… Gdańska :D ! Tym razem jestem pozytywnie nastawiona :D . Nawet Karol nie może się doczekać, choć wiemy, że chciałby wrócić do swojej starej szkoły w Łodzi…
Kiedy parzę na to, ile wydarzyło się przez ten rok, to naprawdę nie da się przewidzieć tego, co będzie w przyszłości… Może taki sentymentalny nastrój mnie naszedł, bo dziś mija dokładnie rok, odkąd spotykam się z Wami na blogu :D . Bardzo cieszy mnie, że mogę tu „odpocząć” i pokazać się z bardziej artystycznej strony. Choć niewiele osób tu zagląda, to każdy wpis, komentarz dają mi nmóóóóswto radości :D :D :D !!! Dlatego dziękuję Wam Kochani za to, że na chwilkę tu wpadacie, trochę poczytacie, popiszecie do mnie, może się pośmiejecie, może wzruszycie- za każdą Waszą reakcję DZIĘKUJĘ :D ! Może troszkę egoistycznie, ale będę dziś życzyła sobie, żebym jak tylko potrafię najlepiej pokazywała Wam nasz świat :D ! A z takich bardziej przyziemnych spraw- żeby w końcu udało mi się „udoskonalić” tę stronę.
Dla każdego- kawałeczek pysznego, urodzinowego torciku! Proszę się częstować!
Buziaki! Ania

P.S. Ciasto ze strony https://pl.pinterest.com Jak dojdę do takiej perfekcji w pieczeniu ciast, to na pewno się pochwalę :D !

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Wiosna...