RSS
 

Kto zrobił „pstryk”? Rodzina „Fąfli”…

12 wrz


https://pl.pinterest.com/

Ja się pytam- kto zrobł „pstryk”? I to tak nagle? Bez żadnego uprzedzenia??? Ładnie o tak? Chociaż człowiek psychicznie nastawiłby się na zmianę (kolejną…), a tu tak szybko, „psrtyk” i już??? Siedzę pod kocem, piję kolejną ciepłą kawę, dosypuję coraz więcej cynamonu, pichcę dynię- no j e s i e ń na całego!

Szaro, ponuro, deszczowo i wietrznie… Pisałam ostatnio, że nie mogę doczekać się jesieni nad morze, ale nie myślałam, że moje „myśli” mają aż taką moc sprawczą :) ! Nie to, żebym narzekała, ale zmiana nastąpiła baaardzo szybko… Sama też chyba zaczynam się przestawiać na tryb jesienno- zimowy i szaleję w kuchni, szykując przetwory na zimę. Ostatnia wyprawa do lasu zaowocowała całkiem pokaźnym zbiorem grzybów- dobra, przyznam- takiego zbioru różnorodnych grzybów nie pamiętam. Gdyby nie doszczętnie przemoknięte buty i kurtki, to pewnie zbieralibyśmy dłużej. Ale w sumie zebraliśmy ich naprawdę dużo- samo czyszczenie i szykowanie do suszenia zajęło mi prawie 3 godziny… więc wyobraźcie sobie ile tych grzybków było. No, na Wigilię zapas już jest :). Co nie znaczy, że nie wybierzemy się na grzyby raz jeszcze :) , bo bardzo lubimy las, szczególnie jesienią. W kuchni też pachnie jesienią- poza tradycyjną konfiturą dyniowo- pomarańczową, zrobiłam ogórki w curry, szykuję się do kolejnych konfitur ze śliwek (z czekoladą oczywiście :) ). Baaardzo powoli też tworzę bardziej „zimowe” dekoracje. Ale jak skończę, to się pochwalę :). Jak na razie ten mój czas dzielę między nami, jesiennymi działaniami, a naszą nową „rodziną Fąfli” :). Mogę parafrazując- zaśpiewać; „Ścierko, ścierko, hej ściereczko, ooo, kręć się z nami, kręć w kółeczko, ooo!” Jeszcze parę dni i może sytuacja się unormuje, ale jak na razie…Uwaga, uwaga! Przedstawiam Wam z radością nowego członka naszej szalonej Rodzinki- małego „Fąfla” (to tak dla zabawy oczywiście :) )- oto JANTAR :) !

Jantar przybył do nas 7.09., ma 2,5 miesiąca i jest małym, słodkim Fąfelkiem :). Imię dla nowego labradorka wymyślił Karol. Mamy Ambrę i Jantara- wszystko utrzymane w morskiej tematyce :) (czyżby Gdańsk naprawdę w gwiazdach był nam zapisany :) ?). Jantar jest bardziej „bursztynowy” niż Ambra, więc imię do niego pasuje idealnie. I już nauczył się swojego nowego imienia. Mam nadzieję, że przy Ambrze będzie się uczył szybko pewnych zachowań- chodzenia przy nodze, reagowania na komendy. W każdym razie będzie wesoło. Początkowo Ambra była lekko zdezorientowana, ale chyba powoli przyzwyczaja się do małego „fąfla” :). Sami zobaczcie tylko… Nasza „rodzina Fąfli” :) !

Wesoło jest, naprawdę. Jak na razie- dzień 6 i z e r o zniszczeń! Choć ząbki małego Fąfla są naprawdę ostre i tylko szukają okazji do podgryzania :) – na szczęście w porę reagujemy i bawimy się z psiakami na całego :) . O! Na horyzoncie nowa kałuża, więc ścierka idzie w ruch :) .
Buziaki! Ania

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Jesień

 

Nowe profilowe ;)…

23 sie

Uwaga- tylko dla cierpliwych, bo zanosi się na to, że jak zwykle się rozpiszę :) ! Nasze wspólne wakacje dobiegły końca… Karol i ja jeszcze się byczymy :) , ale Remek już wrócił do pracy. Włosko- chorwackie podboje były NIESAMOWITE ! Plany jakoś nam się zmieniły, bo choć zupełnie tego nie planowaliśmy (tak, powtórzenie :) ) , to „zahaczyliśmy” o Włochy, w drodze do Chorwacji. Spędziliśmy w słonecznej Italii tylko kilka dni, ale odkryliśmy nowe, urokliwe miejsca. Wschodnia część Adriatyku zupełnie nas oczarowała! Byliśmy w Trieście- pięknym, włoskim mieście, którego historia sięga starożytności (no tak, we Włoszech to „normale” :) ).
Samo położenie miasta jest niezwykłe- tak kiedyś wyobrażałam sobie Neapol… Zachwycił nas zamek, Canale Grande, Piazza dell Unita d’Italia, ale przede wszystkim ruiny rzymskiego teatru! Nigdy wcześniej nie miałam okazji „na żywo” widzieć starożytnego teatru, a uczyłam o jego budowie swoich uczniów, a tu- sama mogłam „dotknąć” historii… Byliśmy też w zamku Miramare oraz eksplorowaliśmy Grotta Giggante. Jak się okazało to 2. na świecie największa jaskinia (większa znajduje się we Francji), a największa jednokomorowa (ta francuska „składa się” z kilku pomieszczeń). 500 schodów w głąb ziemi, temperatura 11 stopni (co przy 40 na powierzchni było prawdziwą ulgą ! ), do tego widoki zapierające dech w piersiach… Dosłownie czułam się jak w „królestwie elfów” z Władcy Pierścieni! Oświetlone poszczególne elementy i schody tworzyły dodatkowy, magiczny efekt!
W Wenecji, do której dosłownie „wpadliśmy”, spędziliśmy kilka godzin, szwędaliśmy się po tej mniej uczęszczanej części, odkrywaliśmy nowe uliczki. Oczywiście byliśmy też na Placu św. Marka, ale to tak, żeby pysznymi lodami i prosseco :) (od teraz to moje ulubione wino! ) uczcić naszą 13. rocznicę ślubu :) !!!

A potem… znów zmieniliśmy plany… To znaczy planowo- pojechaliśmy do Chorwacji, ale w inne miejsce :) . Obraliśmy kierunek- Dubrownik :) ! I ze wszystkich odwiedzanych przez nas miejsc, to miasto najbardziej mnie zauroczyło! Byliśmy też w Makarskiej i w Splicie (ale o tym napiszę ciut niżej :) , jeśli jeszcze macie siłę czytać :) ). Sama Chorwacja podbiła nasze serca TOTALNIE ! Widoki prze, prze, przecudne! Szczególnie urokliwa jest trasa wzdłuż wybrzeża. Co prawda serce nie raz uderzyło mocniej, kiedy mijaliśmy się z jakimś tirem na wąskiej drodze, a tuż, tuż była 200 metrowa przepaść do błękitnego morza :) … Nie myślałam, że kolor wody może być bardziej niebieski niż włoskie niebo… Wiem, to efekt skał, ale robi to niesamowite wrażenie. Temperatury nadal były „afrykańskie”, sięgające 40-45 stopni, więc wytchnienia szukaliśmy w morzu- „wynurkowaliśmy się” za wszystkie czasy! A że nas bardziej interesują miejsca gdzie pod wodą można coś zobaczyć, to plaże „żwirowe”, jak w Makarskiej, zupełnie nie przypadły nam do gustu. Wybieraliśmy takie, gdzie są skałki i „toczy się niezwykłe życie”. Split i Dubrownik to piękne miasta z fascynującymi „starówkami”, parkami, maleńkimi uliczkami i potężnymi górami…


Szczególnie magiczny był oczywiście Dubrownik. Stare miasto, w którym nadal toczy się „normalne” życie- obok zabytków, niezliczonej liczby kafejek, restauracji i sklepów, są wąziutkie uliczki, mieszkają Chorwaci… Fantastyczną przygodą był rejs motorówką, którą pożyczyliśmy na pół dnia. Byliśmy w wielu urokliwych miejscach- podziwialiśmy Dubrownik od strony morza, pływaliśmy w Błękitnej Lagunie i Niebieskiej Jaskini! Zdjęcia wyszły niesamowite! Chyba takie wstawię sobie na profilowe :) !
Prawda, że niesamowite! Zdjęcie oczywiście :) , które mój zdolniacha Mężuś robił! A tu- my na naszej motorówce :) !

I jeszcze kilka innych „podwodnych” fotek :)




Ławice takich rybek mijały nas co chwila! Były też kraby, rozgwiazdy, jeżowce i tysiące innych morskich „stworzeń”, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia!
Smakowaliśmy różne pyszności, z naciskiem na owoce morza, a szczególnie- kalmary i ośmiorniczki…
Uff… prawie dobrnęliśmy do końca. Choć nie udało nam się zobaczyć wszystkiego w Chorwacji, ale może zostawimy to na następną wizytę :) . Było wspaniale, wypoczęliśmy, nabraliśmy sił, spędziliśmy razem sporo czasu- czyli to, co lubimy najbardziej :) ! Ale- przyjemnie jest wrócić do domu :) . Za oknem szumi nasze morze, po niebie płyną chmury w najdziwniejszych kształtach…na polach widać już jesień… W sumie, to chyba tej jesieni nie mogę się doczekać. Ciekawa jestem, jak wyglądają jesienne dni nad brzegiem morza, bez turystów, z ogromnymi falami, silnym wiatrem… Czas na coś nowego :) ! I nie mogę się doczekać! I wszystko to, co widzę i czuję – opiszę :) !
Pozdrawiam letnio, wakacyjnie, ale już u progu jesieni…
Ania

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Lato

 

Z książką na wakacje…

28 lip

Chyba nikogo nie zdziwi fakt, że w czasie wakacji mamy najwięcej czasu, żeby poczytać. Codzienność- mnóstwo obowiązków, praca, dzieci, nasze drugie połówki, zwierzaki, imieniny, urodziny, Boże Narodzenie…wymieniać można długo- wszystko to sprawia, że po prostu „nie mamy czasu czytać”. Takie przynajmniej są nasze wytłumaczenia. Jako polonistka i pedagog jestem zatrwożona taką sytuacją… Niestety i wśród nauczycieli panuje „chroniczny barak czasu na czytanie”. Jak my-dorośli chcemy, żeby dzieci czytały, skoro nie widzą nas z książką w dłoni? statystyki „czytelnicze” Polaków są m a s a k r y c z n e ! 37 % Polaków przeczyatło w ciągu roku 1 książkę !!! To zbrodnia!!! Zainteresowanych odsyłam do artykułów: http://www.newsweek.pl/styl-zycia/raport-czytelnictwa-w-polsce-ile-ksiazek-czytaja-polacy-,artykuly,409201,1.html

http://businessinsider.com.pl/rozwoj-osobisty/ilu-polakow-czyta-ksiazki-czytelnictwo/ytehwlq

Mówiąc wprost- głupiejemy… Tak ubogiego słownictwa, jakie często słychać na naszych ulicach, dawno nie było :( … Może komuś wyda się „skostniały” mój pogląd, bo przecież mamy audiobooki i inne cuda współczesnych czasów, ale jednak ja nadal będę uporczywie stała na stanowisku, że książka, taka z kartkami :) , jest najlepsza! Przepraszam, że tak „z grubej rury” zaczęłam, ale słowa same jakoś „cisnęły mi się na klawiaturę” :) . Każdy jakoś z facebooka korzysta- lubimy chwalić się swoimi zdjęciami, podróżami i wszelkiego rodzaju osiągnięciami. Co roku „fb” promuje akcję przeczytania 52 książek rocznie. Może ktoś podejmie takie wyzwanie :) ?
Ja zupełnie zatraciłam się w książkach, które przeniosły mnie do starożytnej Italii… Autorem ich jest Alberto Angela- włoski paleontolog i dziennikarz, a dodatkowo „odkrywca” fascynujących, starożytnych historii włoskich.
(zdjęcia z google)
To wciągające, trzymające w napięciu, odkrywające niesamowity świat antyczny książki! Autor tak opowiada historię, jakbyśmy spacerowali ulicami Pompejów czy Rzymu sprzed 2 tysięcy lat… Dodatkowo wiele „mitów” o starożytnych czasach zostało w tych książkach obalonych! Na przykład ten o Wezuwiuszu… Przyznaję, że gdybym przeczytała je rok temu, kiedy byliśmy na wakacjach ze Włoszech i byliśmy w Pompejach i w Rzymie, to na pewne „zabytki” spojrzałabym zupełnie inaczej… Jestem w takiej euforii po lekturze tych książek, że już chciałam sobie zamówić kolejne książki Angelego, ale jest to chyba na tyle nowość na polskim rynku, że są to jedyne, jak do tej pory, przetłumaczone na polski jego książki… Kiedyś uczyłam się włoskiego, ale znajomość tego języka nie pozwala mi czytać w oryginale :) . Tak czy siak polecam bardzo, bardzo, bardzo gorąco obydwie pozycje, szczególnie na okres wakacji. Wielu z nas odwiedza Włochy, część spędza wolne chwile gdzieś nad morzem, jeziorem czy w górach, marząc o pięknym, włoskim niebie. I na taką okazję te książki są idealne!
A do czytania dobrze jest też „wrzucić coś na ząb” :) , więc polecam pyszne, jogurtowe ciasto rabarbarowe i domową pina coladę :) (także w wersji dla dzieci :) ) z bloga Beata i Lubomir Lipovów http://lawendowydom.com.pl/domowa-pina-colada-wersja-dla-doroslych-i-dla-dzieci/

Może do książek o pięknej Italii bardziej pasowałoby jakieś pyszne włoskie wino- falerno albo chianti, ale połączenie kokosowo- ananasowe wprowadzi każdego w iście wakacyjny nastrój :) .
Zatem- do książek miłe Panie i mili Panowie :) !
Buziaki! Ania

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Lato

 

W A K A C J O L E !!!

11 lip

Tradycyjnie, tą piosenką rozpoczynamy WAKACJE!!! Bardzo często też „wykorzystywałam” ten utwór, kiedy wraz z koleżanką z pracy i swoimi uczniami, przygotowywaliśmy przedstawienia na „uroczyste zakończenie roku szkolnego” :) .
Mam nadzieję, że też tradycyjnie…

Jesteśmy baaardzo dumni z Karola :) ! Nowe miasto, nowa szkoła, nowe koleżanki i koledzy, nauczyciele, nowe przedmioty, bo Karol rozpoczął naukę języka hiszpańskiego. Musiał nadrobić rok, bo dzieciaki rozpoczęły naukę tego języka rok wcześniej. Na szczęście tak mu się spodobał hiszpański, że poradził sobie doskonale. Na pewno będziemy kontynuować naukę w Gdańsku :) . W każdym razie Karol poradził sobie FANTASTYCZNIE !!!! :)
Znów będę się tłumaczyć, że dawno nie było nowego wpisu, ale naprawdę maj i czerwiec były dla nas bardzo intensywne- nie dość, że koniec roku szkolnego, to jeszcze nowa praca Remka i oczywiście przeprowadzka… Z Warszawy do Gdańska, z zahaczaniem o naszą kochaną Lubonię i Łódź nie było proste…
W naszej wioseczce lato na całego! Wszystko pięknie kwitnie, dojrzewa, pachnie…

W tym roku będzie mało śliwek, a moi Chłopcy uwielbiają powidła śliwkowe z czekoladą… Może gdzieś na rynku uda mi się kupić wystarczającą ilość, żeby zrobić kilka słoiczków :) . Za to jest sporo porzeczek, malin i agrestu. Moja mama szaleje już z wymyślaniem różnych kombinacji smakowych :) i robi dla nas dżemy, bo na działkę zajrzymy dopiero za tydzień…

Jak tylko pod koniec czerwca udało się zakończyć te wszystkie wojaże, to wszyscy chcą nad morze do nas przyjeżdżać :) . Bardzo nas to cieszy, bo kochamy naszą rodzinkę :) ! A Ambra jest wniebowzięta! Tyle rąk do głaskania, miziania, dawania smakołyków, spacerów :) ! Jest wesoło, zawsze jest co robić, nawet, jak pogoda (jak to nad polskim morzem) bywa kapryśna. Odkrywamy nowe, ciekawe i piękne miejsca w Trójmieście, smakujemy różne przysmaki, a przede wszystkim rybki :) . Zaprzyjaźniamy się nawet z mewami, wróbelkami i wronami :) – te ostatnie to „strażniczki” naszej plaży :) ! Spójrzcie tylko!

A na plaży, wieczorami, bawimy się tak…

Są też i wieczorne kąpiele, niezliczona ilość lodów, gofrów, zapiekanek (nie, no w granicach rozsądku :) )- w a k a c j o l e na całego :) !
Sami powiedzcie czy takie widoki mogą się znudzić :)

Ta przestrzeń rekompensuje w zupełności ilość turystów i muzykę, która umila im pobyt nad morzem :) – nadmorskie smażalnie i bary prześcigają się w doborze repertuaru :). Ale my, w domowym zaciszu możemy relaksować się przy takich dźwiękach…

Polskie morze jest cudne o każdej porze roku, ale bywa kapryśne. To chyba każdy wie, z własnego doświadczenia. Wczoraj nadeszła taka burza, że jak tylko pioruny waliły w morze, to u nas aż szyby się trzęsły… Myślmy też o jakimś krótkim wypoczynku, żeby dać upust naszemu zamiłowaniu do nurkowania :) . Nie tak profesjonalnie, ale bardzo nam się spodobała taka forma spędzania czasu na plaży. Bałtyk jest dość zimny, a szczególnie miejskie plaże „wyczyszczone” są co do kamyczka. Jasne, że to ze względów bezpieczeństwa i na plażach całego świata tak jest. My, kiedy jeździmy na wakacje, szukamy miejsc, gdzie jest trochę mniej ludzi. Mieliśmy niesamowitą frajdę, kiedy w Bułgarii, znaleźliśmy maleńki kawałek „własnej” plaży z fantastycznymi głazami, które mogliśmy podziwiać i „podglądać” morskie życie zwierząt. Dlatego w tym roku marzy nam się Chorwacja… Jeszcze tam nie byliśmy, ale zachwycają nas zdjęcia z tego państawa. Poczyniliśmy nawet małe przygotowania :)

Zaraz zabieramy się za wyszukanie jakiś ciekawych miejsc do nurkowania. Kto wie, może kiedyś zapiszemy się nawet na taki profesjonalny kurs… Jeśli znacie i polecacie jakieś morskie zakątki Chorwacji, to napiszcie proszę w komentarzu :) .
Pozdrawiam WSZYSTKICH cieplutko i przesyłam buziaki znad Bałtyku :) !
Ania

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Lato

 

Szaleństwa !

04 cze

Tłumaczą się winni, więc ja nie będę wyjaśniać, dlaczego znów cicho było :) … Nie, no żartuję, po prostu jak wspominałam we wcześniejszym wpisie- przeprowadzamy się do Gdańska- stąd taka pustka.
Troszkę połączę naszą przeprowadzkę, Dzień Mamy i Dzień Dziecka, z naciskiem na to ostatnie święto :).
Zacznijmy od tego, że wszyscy jesteśmy podekscytowani tym, że będziemy mieszkać nad samym morzem :) ! Dosłownie mamy 50 metrów do plaży!!! Nasza Ambra też cieszy się baaardzo! Na plaży szaleje jak szczeniak! A za chwilę skończy 5 lat (chyba jakaś imprezka się szykuje :) ).
Zdajemy sobie sprawę z tego, że w sezonie będzie mnóstwo ludzi, będzie dosyć głośno, ale jakoś te 2 miesiące wytrzymamy :) .

Tydzień temu był Dzień Mamy :) . Od mojego Synka dostałam śliczne serduszko, które samodzielnie wykonał przy użyciu pisaka 3D. Zdjęcia nie mam, bo chcę oprawić to serduszko w ramkę i wtedy pokażę je w pełnej krasie :) . Ale do tego serduszka było też pyszne śniadanko :)

No a teraz prawdziwe SZALEŃSTWA ! :) Dzień Dziecka :) !!! Przesyłam gorące całusy dla wszystkich Dzieci! Tych dużych też, bo swoje wewnętrzne dziecko należy pielęgnować także :) . Chciałam, żeby wyszły ładne zdjęcia, dlatego robiłam je aparatem Karola. Filmki nawet nagrałam, ale wolałabym je akurat zachować dla nas. No i Karol, robiąc „porządki” w swojej galerii, wywalił kilka fajnych fotek…zostały tylko 2… Cóż… Musicie uwierzyć, że zabawa była naprawdę niesamowita! Karol lubi oglądać kanał p. Agnieszki Grzelak- „Japanazjadam”, dlatego postanowiliśmy zrobić Mu niespodziankę i kupiliśmy zestaw do robienia pizzy :) . To są oczywiście miniaturki prawdziwych potraw, ale samo przyrządzanie ich to prawdziwe szaleństwo :) ! Do tego były fasolki z Harry’ego Pottera o różnych smakach i Kit Kat z polewą z zielonej herbaty. To miał być taki „kreatywny” zestaw, który poza testowaniem smaków sprawi nam dużo frajdy. I faktycznie tak było! śmialiśmy się i ekscytowaliśmy, smakowaliśmy… Było naprawdę szaleństwo!
Takie zestawy i „smakołyki” można już kupić w różnych sklepach stacjonarnych, takich z „kuchnią z całego świata” lub na allegro. To żadna reklama, my po prostu pomyśleliśmy, że można spróbować, co nam wyjdzie. Może być to też ciekawa propozycja „zabawy” na jakieś przyjęcie urodzinowe dla dzieciaków :) .

My czujemy już wakacje! Jeszcze tylko parę dni w szkole i WAKACJE!!! Pozdrawiamy z cudnego Gdańska!!!
Ania& Chłopaki& Ambra

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Wiosna...

 

Nigdy nie mów nigdy…

03 maj

Niby człowiek ma już „zmianę kodu- trója z przodu” – tak kolokwialnie, niby już czegoś w życiu doświadczył, jakieś wnioski może wysnuwać, ba! nawet rady dawać, ale… No właśnie jest takie małe „ale”… Życie jest po prostu nieprzewidywalne. Kiedyś ktoś powiedział, że największy dowcip w życiu to planować je sobie… Nie chodzi mi tutaj o to, żeby iść przez życie na zupełnym „sponatnie”, ale przynajmniej w naszym wypadku- gdy robimy jakieś dalekosiężne plany, to życie nas tak zaskakuje, że wszystko ulega zmianie. Tak przekornie- stałą w życiu jest zmiana. A ja oczywiście nie znoszę zmian, baaaardzo ciężko je przechodzę… Zawsze myślałam, że jak człowiek ma już rodzinę, to to życie jest takie bardziej ustabilizowane- praca, stałe miejsce, codzienne obowiązki, może i trochę rutyny. My jesteśmy bardzo rodzinni i ważne dla nas jest to, żeby często z naszą rodziną się spotykać. Lubimy siebie, możemy zawsze na siebie liczyć. A wiadomo, że łatwiej jest, kiedy wszyscy są w miarę blisko. Cóż- nigdy nie mów nigdy… Przeprowadzkę do Warszawy naprawdę trudno zniosłam… Ale wolałam to, niż widywanie się w weekendy. I tej decyzji absolutnie nie żałujemy. My po prostu nie umiemy bez siebie żyć. Każde małżeństwo jest inne i absolutnie nie krytykuję nikogo, kto podjął inną decyzję niż my. Wiem, ile pracy kosztuje utrzymanie „związku na odległość”- wytrzymaliśmy tak prawie rok… I kiedy wydawało nam się, że powoli się „stabilizujemy” w jednym miejscu-nie w stolicy, tylko na naszej wioseczce- znów nas życie zaskoczyło… Z niekłamaną radością opuszczamy Warszawę i przeprowadzamy się do… Gdańska :D ! Tym razem jestem pozytywnie nastawiona :D . Nawet Karol nie może się doczekać, choć wiemy, że chciałby wrócić do swojej starej szkoły w Łodzi…
Kiedy parzę na to, ile wydarzyło się przez ten rok, to naprawdę nie da się przewidzieć tego, co będzie w przyszłości… Może taki sentymentalny nastrój mnie naszedł, bo dziś mija dokładnie rok, odkąd spotykam się z Wami na blogu :D . Bardzo cieszy mnie, że mogę tu „odpocząć” i pokazać się z bardziej artystycznej strony. Choć niewiele osób tu zagląda, to każdy wpis, komentarz dają mi nmóóóóswto radości :D :D :D !!! Dlatego dziękuję Wam Kochani za to, że na chwilkę tu wpadacie, trochę poczytacie, popiszecie do mnie, może się pośmiejecie, może wzruszycie- za każdą Waszą reakcję DZIĘKUJĘ :D ! Może troszkę egoistycznie, ale będę dziś życzyła sobie, żebym jak tylko potrafię najlepiej pokazywała Wam nasz świat :D ! A z takich bardziej przyziemnych spraw- żeby w końcu udało mi się „udoskonalić” tę stronę.
Dla każdego- kawałeczek pysznego, urodzinowego torciku! Proszę się częstować!
Buziaki! Ania

P.S. Ciasto ze strony https://pl.pinterest.com Jak dojdę do takiej perfekcji w pieczeniu ciast, to na pewno się pochwalę :D !

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Wiosna...

 

Kokokoko folk jest spoko :D !

10 kwi

Piszę siłą woli… Nie to, że mi się nie chce, tyle, że moje ręce odmawiają posłuszeństwa- trochę ostatnio na działce poszaleliśmy :D … Wczoraj mieliśmy pomocnika- mojego chrześniaka- Rafała. Udało nam się posadzić 50 dębów, 120 truskawek i jeszcze jakieś 70 innych kwiatów… Na razie tymczasowo- część w wielkich skrzyniach, a drzewa na łące. Ale i tak myślę, że „kawał roboty odwaliliśmy”…
Ostatni naprawdę dużo się dzieje- i w związku z naszym Majerankiem- bo ma już okna :D ! i z pracami na działce, i z moimi „artystycznymi dłubaniami”, i życiowymi planami… Jeśli się nie obrazicie, to pozwolę sobie wrzucić kilka zdjęć z ostatniego miesiąca.
Tytuł taki trochę z typu „rymy częstochowskie”, ale nie chciałam jakoś tak z pompą :D . Właśnie rozpoczął się Wielki Tydzień. Dla katolików to szczególny czas, czas ostatnich przygotowań na najważniejsze święta- Święta Wielkanocne. Zawsze bliskie mi były dawne tradycje i zwyczaje związane z życiem naszych przodków, więc dziś kilka słów o takich, może zapomnianych obyczajach. Oczywiste jest szykowanie „święconki” i raczej większość wie, jakie znaczenie mają poszczególne potrawy, chowane do koszyczka. Ale czy ktoś z nas jeszcze żywo obchodzi „topienie/ palenie Judasza”, albo „pogrzeb żuru” czy „wieszanie śledzia” :D ? Może nawet niewiele osób o czymś takim słyszało. A poza tym czy faktycznie zgodnie z dawnymi zasadami obchodzimy „Śmigus Dyngus”? Zacznijmy „z grubej rury”- PALENIE JUDASZA. W Wielką Środę młodzież, zwłaszcza chłopcy, topili tego dnia kukłę Judasza. Robiono ją ze słomy i starych ubrań. Następnie wleczono na łańcuchach po całej okolicy. Przy drodze ustawiali się gapie, którzy okładali kukłę kijami. Na koniec wrzucano „zdrajcę” do stawu lub bagienka. Wymierzanej w ten sposób sprawiedliwości stawało się zadość.W niektórych częściach Polski kukłę tę palono.
POGRZEB ŻURU I WIESZANIE ŚLEDZIA Ponieważ przez cały Wielki Post ludzie przykładali ogromną wagę do postnych potraw i najczęściej pojawiały się na stole żur- taki jałowy oraz śledź, to pod koniec tego okresu ludzie naprawdę mieli tych potraw dosyć. Najczęściej w Wielki Piątek uroczyście „żegnano się” z żurem i śledziem. Wielkie sagany z żurem ostentacyjnie wylewano na ziemię. Z wielką radością i satysfakcją śledzie „wieszano” go, czyli przybijano rybę do drzewa. W ten sposób karano śledzia za to, że przez sześć niedziel „wyganiał” z jadłospisu mięso.
To naprawdę tylko mini skrót ciekawszych obyczajów związanych z Wielkanocą. Pewnie to wszystko odejdzie kiedyś w zapomnienie, ale ja opowiadam o tym co wiem, co przeczytam, czego się dowiem Karolowi- niech nowe pokolenie też się dowie, jak dawniej obchodzono święta. Jeśli ktoś chciałby poczytać i dowiedzieć się czegoś więcej na temat dawnych tradycji w Polsce, to w Internecie jest naprawdę mnóstwo ciekawych stron, na które warto zajrzeć.
A teraz czas na małą fotorelację z naszego ostatniego miesiąca…
Nasz Majeranek ma już okna :D !!!

W sadzie widać coraz więcej wiosny…


Odbyliśmy kilka przyjemnych przejażdżek rowerowych…

W domu też małe, wiosenne zmany :D


Na stole zawitały żonkile z naszej działki…

I zabójczo pachną fiołki…

To teraz czas na relaks i kieliszek czerwonego winka lub winka z jeżyn z naszej działki, autorstwa mojego Taty :D , a butelka mojej ozdoby :D

Pozdrawiam cieplutko i wiosennie
Ania…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Wiosna...

 

„Cztery pory roku”

15 mar

W kalendarzu ciągle zima… Na świecie na szczęście robi się powolutku już troszkę cieplej i wiosennej. Pewnie, jak zwykle :P , będzie pomieszanie z poplątaniem w moim wpisie. Troszkę mi się różnych „przemyśleń” uzbierało- jak w tym przysłowiowym „marcowym kotle”- i jak w tytule- różne różności- na cztery pory roku.
Chodzi mi po głowie zmiana „wizerunku” strony. Ale tu muszę zaangażować swojego Mężusia- on się doskonale zna na takich „technicznych rzeczach”.

Przedwiośnie spędzam na czytaniu… Kończę „Kolekcję z Zielonego Wzgórza”- no dobra, może szczyt ambicji to nie jest, ale kiedy czytam te powieści, opowiadania, to przed oczami mam naszą Lubonię…widok z naszego okna na łąkę i las… Do tego przeczytałam ostatnio książkę, którą pożyczyłam od mamy- ” Światło między oceanami”- debiut literacki M.L. Stedman. Muszę przyznać, że zrobiła na mnie duże wrażenie. Dotknęła we mnie pewnej skrywanej nuty, która jak zadrgała, to nie mogłam dojść do siebie… Akurat był Dzień Kobiet i pomyślałam sobie, że kobiety są niezwykle silne, mogą znieść ból fizyczny, któremu mężczyźni nie daliby rady. Są silne „siłą woli”- wbrew przeciwnościom losu nie poddają się… Ale jest taki ból, którego nie powinny doświadczać… Kiedy patrzę na młode dziewczyny bardzo chciałabym, żeby tego uniknęły…Wiem, że to utopia, bo nie da się, od wieków tak było… Ale to nigdy nie znika, siedzi cały czas, w każdej komórce ciała i co chwila się odzywa… choćby człowiek nie wiem jak się starał, tego bólu nie będzie w stanie się „pozbyć”…. A żeby jeszcze bardziej „wczuć się” w książkę, obejrzałam film… Na szczęście oglądałam go z pełną świadomością, że to adaptacja, że nie wszystko się da i można przenieść z książki. Więc trochę się uspokoiłam.

Niemniej jednak warto przeczytać tę powieść. Zalecam też do niej kieliszek wina, czekoladki, ciepły kocyk i ewentualnie męskie ramię, żeby sobie troszkę popłakać :P .

Zachwycam się przyrodą na każdym kroku… Chyba od zawsze tak było i mam nadzieję, że mi nie przejdzie :P . Już ponad rok mamy swoją Lubonię i sporo już widzieliśmy, a kiedy idziemy na spacer, nawet w te same miejsca, to nadal cieszymy się jak dzieci, kiedy zobaczymy motylka, pączek na drzewie, zauważymy, że szybciej płynie woda w naszej rzeczce… Ostatnio pogoda w weekend była piękna, więc byliśmy na spacerze w lesie.


Całe stada sarenek, jeden zając i lis przywitały nas. Na zdjęciu chyba są ślady dzika- nie jestem znawcą, ale szukaliśmy w Internecie i chyba najbardziej do tego mieszkańca lasu pasują. Znaleźliśmy też w pniu drzewa sól dla saren.
W naszym ogródku nieśmiało pojawiła się pierwsze stokrotka i pierwsze pędy żonkili…

Zamówiliśmy też sporo sadzonek i nasion, więc nie możemy doczekać się, aż w końcu będziemy mogli je posadzić i przyglądać się, jak będą rosły…
Początek wiosny kojarzy mi się oczywiście z tulipanami… Dostałam przepiękny bukiet od moich Mężczyzn…

Nastroiły mnie te cudne kwiaty i znów „podłubałam” sobie… Zrobiłam mały „zestaw wielkanocny” :P – decoupage na jajku styropianowym i jajkach plastikowych, które kiedyś były „kinderkami Star Wars”… Lubię takie pisanki w stylu „angielsko- vintage’owym” :P .

Motyw róż z kolei natchnął mnie do ozdobienia drewnianych spinaczy… Są nawet „dwustronne”- z drugiej strony mają kropeczki…

A to z kolei nastroiło mnie do „zmalowania czterech pór roku”… Śmieję się, że Vivaldi ma swoje i ja mam swoje „Cztery pory roku”. Podobają mi się wszelkie „napisy” na różnych dekoracjach, ale denerwuje mnie, że zazwyczaj są one w języku angielskim, czasem po francusku… A dlaczego nie po polsku? Może to moje „zboczenie zawodowe” lub po prostu patriotyzm :P … Tak czy owak powstały „Cztery pory roku” i będą wisiały, oczywiście w zależności od pory roku, w naszym Majeranku…

Domki są drewniane, z drugiej strony też się „prezentują”. Patyczki na dach zbierałam podczas spaceru z psem, kiedy to straszny wiatr połamał mnóstwo gałęzi. I takie to „Cztery pory roku” powstały…
Kolejna „porcja” domków i jajek czeka na swoją kolej i chyba zaraz się za nie zabiorę… Wiosna idzie, więc jakoś trzeba się świeżo prezentować :P .
Ania…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Zima

 

Eko-farma

28 lut

Dziś ostatni dzień karnawału… Mija luty, w powietrzu czuć już wiosnę. Ostatnio widzieliśmy białe pączki przebiśniegów i delikatne, puszyste „kotki” na wierzbie :) – jedne z pierwszych oznak nowej pory roku… Nadchodzi marzec. Cieszę się ogromnie, bo już mam dosyć zimy… Jedak z małą niepewnością i obawą czekam na nowy miesiąc- ma to związek z naprawdę traumatycznymi chwilami z ubiegłego roku- chorobą mojej Mamy… Właśnie w marcu wszystko się zaczęło. Cudem jakimś nadal jest z nami. Boję się wracać myślami do tych chwil, a każda wizyta u lekarza, w szpitalu przypomina to wszystko… Dlatego na swój sposób chyba zaczynam walkę z tymi wspomnieniami. Moje „artystyczne” dłubania są dla mnie taką „terapią” :P .
W poprzednim wpisie pisałam o „eko-farmie”. Na chwilę odłożyłam filc, bo przyszło w końcu moje zamówienie do decoupage :D !!! Mam piękne serwetki i styropianowe jajka. Niestety chyba źle „wymierzyłam” i jajka są troszkę małe… No trudno. I tak się nimi troskliwie zajęłam :P .
Oto moje „decoupagowe” jajka do „eko- farmy”. Zacznijmy od drewnianych…

Oczywiście z drugiej strony też są ozdobione.
A to jajka styropianowe…

Lubię technikę decoupage. Jest prosta, ale niezwykle efektowna. Mam też konturówki, ale na tak małych jajkach nie wyglądały estetycznie różne zawijasy. Inspiruję się wspomnianą stroną – inspirello.pl :) . Mam jednak swój sposób na „cieniowanie”. Jestem niecierpliwa, więc czekanie aż coś wyschnie, żeby nałożyć kolejną warstwę jest dla mnie bardzo trudne. Często pomagam sobie suszarką :P ! Cieniowanie za pomocą spowalniacza do farb akrylowych tym bardziej nie wchodzi u mnie w rachubę- cieniuję przy użyciu pasteli- tak kredek pastelowych. Są miękkie i wspaniale się rozcierają na każdej powierzchni- na drewnie, styropianie, plastiku, szkle, materiale… Nie próbowałam z pastelami suchymi, bo obawiam się, że będą się rozmazywać, kiedy będę zabezpieczała pracę lakierem.
Teraz zmykam, żeby dokończyć dla mojego Męża :) „zimowy widok z naszego Majeranku”.
Pozdrawiam cieplutko!
Ania

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Zima

 

Tam, gdzie Bałtyk spotyka się z Tatrami…

15 lut


Bardzo, bardzo, bardzo dziękuję za miłe komentarze pod ostatnim wpisem :D . Naprawdę szeroko pojęte rękodzieło sprawia mi ogromną frajdę :D ! A lubię „testować” nowinki artystyczne, więc i do filcowania się powoli przymierzam :D . Znacie moją słabość do filcu, więc dziś też troszkę o filcu będzie. W tych wszystkich swoich „dłubankach” niestety jestem raczej odtwórcza- szukam różnych inspiracji, większość „odgapiam”, a tylko jakieś drobiazgi zmieniam lub dodaję…
Żeby się nie pogubić, to muszę i to swoje dzisiejsze pisanie jakoś uporządkować. Może chronologicznie :D
Tydzień temu mieliśmy Dzień Pizzy. Nie wiem czy takowy obchodzicie, ale my lubimy świętować :D . Zgodnie z powiedzonkiem „Wojowniczych Żółwii Ninja”- SAMA SIĘ KRĘCI, SAMA NAKŁADA, KAŻDA POTRAWA PRZY NIEJ WYSIADA! :D! Oczywiście pizza gości u nas nie tylko 9 lutego, ale w tym dniu do tego wspaniałego dania przywiązujemy szczególną wagę. Ze wszystkich pizz, które miałam okazję spróbować, to najbardziej smakowała mi ta w Neapolu… W końcu to jej kolebka :D . Ale, żeby nie było nudno, to pomyślałam, że troszkę poeksperymentuję z pizzą. Połączyłam koncepcję muffinek i pizzy. Po prostu zrobiłam ciasto drożdżowe, dodałam do niego różne składniki- takie, jakie lubimy w pizzy i powstało coś takiego…

A po upieczeniu…

Wiem- znów jedzenie. Na swoje usprawiedliwienie mogę dodać, że mąka była pełnoziarnista, a takie małe porcje są mało kaloryczne :D .
I kiedy tak podjadałam sobie te mini pizze, to jeszcze bardziej zatęskniłam za wiosną… No i zaczęłam szukać czegoś wiosennego, związanego z Wielkanocą… Tak szukałam i kombinowałam, że w końcu założyłam eko- farmę :D


Moja farma z pewnością się powiększy :D . Ciekawe czy o jakieś dopłaty z Unii będę mogła się postarać :D . W końcu nasz Majeranek na wsi się buduje, to wsiowa baba jestem :D !
A że lubimy bardzo wieś, folklor, kochamy i morze i góry i jeziora, to wymyśliłam coś, żeby tę miłość połączyć :D . Aż wstyd się przyznać, ale rok temu dostałam od mojej siostry- Asi, przepiękną, drewnianą tacę z Zakopanego. I całe 12 miesięcy patrzyłam na nią i szukałam pomysłu, co by tu z nią zrobić… To znaczy z tacą, nie z siostrą :D . Przeszukałam „internety” i coś znalazłam, podpatrzyłam, coś zmieniłam i powoli zaczęłam łączyć Bałtyk z Tatrami… Początkowo tylko za pomocą ołówka…

Dodałam troszkę koloru…

Az w końcu przyciągnęłam do siebie Kaszuby- malowanym wzorem, z Podhalem- formą drewnianej tacy…

Zostało jeszcze trochę kosmetycznych zmian, lakierowanie, no ale to poczekam, aż farba wyschnie. Malowałam farbami akrylowymi. Są o tyle dobre, że dość szybko schną, nie mają szczególnego zapachu, co przy np. farbach olejnych może trochę odstraszać… Malowanie na drewnie jest bardzo przyjemne, ale trzeba pamiętać, ze drewno bardzo „pije” farbę- każdą…
W tak zwanym międzyczasie zaczęłam malować dla mojego męża obraz olejnymi farbami- zimowy krajobraz w naszej Lubonii. To już zdecydowanie dłuższa historia, bo nie chcę rozmazywać poszczególnych warstw, dlatego czekam, aż troszkę jedna wyschnie, żebym mogła położyć kolejną… Czekam też na zamówienie „wielkanocne”, żebym mogła poszaleć z pisankami :D . Zamówiłam cuuudowne rzeczy w sklepie inspirello.pl . Jeśli ktoś nie zna, to zachęcam do zaglądania i podpatrywania różnych cudowności z zakresu decoupage, sutaszu, Qullingu i innych technik dla rękodzielników.
No, to tak właściwie mija nam zima i ferie…
Pozdrawiam cieplutko :D !
Ania

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Zima